Komunikat
  • W związku z problemami technicznymi dostawcy usług telefonicznych dla starostwa uruchomione zostały nowe numery tel. do urzędu: 508252849,  603636766. Za utrudnienia przepraszamy. . ∗
Wtorek 19 czerwca 2018

Mrozy niebezpieczne dla pszczół

Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
2 + 9 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
2 + 9 =
Utrzymujące się od kilku dni kilkunastostopniowe mrozy martwią naszych pszczelarzy. Pszczele rodziny mogą nie przetrwać takich trudnych, zimowych warunków. O sytuacji rozmawiano podczas zebrania sprawozdawczo wyborczego bełchatowskiego Koła Pszczelarzy Regionalnego Związku Pszczelarzy Ziemi Piotrkowskiej. Wybrano także nowe władze Koła.
zdjęcie
Bełchatowskie Koło Pszczelarzy liczy 120 członków. Hodują oni w sumie 2754 rodzin pszczelich. Tyle zostało „zazimowanych”. Czy wszystkie owady przeżyją obecne, kilkunastostopniowe mrozy, okaże się na przełomie marca i kwietnia podczas tzw. przeglądu wiosennego, jednego z najistotniejszych zabiegów pasiecznych.

Pszczelarze wybrali nowe władze Koła, których kadencyjność trwa cztery lata. Nowym prezesem został Józef Olejniczak prowadzący wraz małżonką pasiekę wędrowną w Osinie Kluckiej. W skład zarządu weszli także Andrzej Florczyk, Józef Stanisławski, Zenon Gryś, Sylwia Świątkowska, Mieczysław Łabędzki i Bogusław Wencel. Za wkład w rozwój organizacji i popularyzację pszczelarstwa wśród społeczeństwa podziękowano Janowi Polakowi, dotychczasowemu prezesowi seniorowi. Jan Polak został wybrany w skład Komisji Rewizyjnej Koła.

- Serdecznie zachęcam wszystkich niezrzeszonych pszczelarzy do przyłączenia się do naszego grona - zachęca Józef Olejniczak*. - Spotykamy się raz w miesiącu. Na zebraniach prowadzimy szkolenia m.in. z zakresu gospodarki pasiecznej, biologii pszczół, chorób, pożytków pszczelich, budowli pasiecznych czy apiterapii.

Nowy prezes chce wprowadzić także fora dyskusyjne. Członkowie Koła, doświadczeni pszczelarze, będą mieli możliwość zaprezentować nie tylko swoje dokonania, ale także wymienić się doświadczeniami . Dla osób, które dopiero planują rozpocząć pasjonującą przygodę z pszczelarstwem, byłaby to możliwość zdobycia cennej i ciekawej wiedzy.

*Tradycje pszczelarstwa w mojej rodzinie - wspomnienia Józefa Sz. Olejniczaka

Na dawnych terenach Rzeczpospolitej (Polesie) we wsi Koranna...
położonej w odległości 32 km od miasta Pińska, mój pradziadek Adam Piskunowicz, syn Łukasza i Doroty z domu Piotrukowicz, ur. 24 grudnia 1860r w Łogiszynie pod koniec XIX w (nie znam dokładnej daty) założył pasiekę składającą się z kilkunastu pni pszczelich. Pradziadek hodował pszczoły w tzw. dłubankach, tj. pościnanych pniach drzew. Dłubanki przykryte były plecioną korą olchową i słomą. Stały one pomiędzy drzewami w sadzie owocowym tuż obok domu. Wieś Korannę otaczała ze wszystkich stron stara puszcza i połacie podmokłych łąk. Pożytków pszczelich od wczesnej wiosny do późnej jesieni nigdy tam nie brakowało. W latach dwudziestych XX wieku pradziadkowi w pasiece pomagał jego syn Staś. Na początku lat trzydziestych wujek wyprowadził dodatkowo ule warszawskie zwykłe. Pradziadek, aż do swojej śmierci w 1944 roku, zaglądał do pasieki i obserwował zachowanie owadów i na tej podstawie „przepowiadał”, co będzie się działo w przyrodzie w najbliższych dniach i miesiącach.

Pradziadek przekazał swoje zamiłowanie do pszczół ...
wszystkim swoim dzieciom, także swojej córce, a mojej babci Barbarze, urodzonej 4 grudnia 1902 r. w Łogiszynie. Babcia w 1926 roku po wyjściu za mąż za mojego dziadka, Wacława Helmera, syna Jana i Malwiny z Zukowskich, ur. 29 stycznia 1902 roku w Różanie, zamieszkała wraz z dziadkiem w części dawnego majątku Planta Hacka w osadzie Byczek, położonego w gminie Święta Wola w pow. kosowskim (woj. poleskie), obejmując 28,27 ha ziemi, otrzymanej od dziadka brata, Bolesława Helmera, który był księdzem. Dziadkowie zbudowali nowy dom, w którym 7 czerwca 1931 r. urodziła się moja mama. W 1935 roku dziadkowie założyli pasiekę, składającą się z 12 rodzin pszczelich. Dziadek był cieślą, więc sam zbudował nowoczesne, jak na tamte czasy, ule warszawskie. Pszczoły do zasiedlenia otrzymali od pradziadka Adama.

Przygoda z pszczołami skończyła się dla dziadków nagle ...
w mroźną noc z 9 na 10 lutego 1940 r., kiedy NKW-dziści w ciągu 15 minut kazali wynieść się z domu z podręcznymi tobołkami. Zabrali całą rodzinę i wywieźli do Archangielska. Do tego opuszczonego gospodarstwa: pasieki, domu i budynków gospodarczych z inwentarzem już nigdy nie wrócili.

Po wojnie dziadkowie wraz z moją mamą chcieli mieszkać w Polsce i starali się usilnie, aby znaleźć się na terenach ojczyzny. Natomiast dwaj bracia mamy, jako junacy, wraz z innymi, 3100 dziećmi, zostali ewakuowani do Teheranu. Udało się ich wyrwać ze szponów chorób i głodu, jaki dziesiątkował polskie dzieci na terenie ZSRR. Udało się także babci z dziadkiem i mamą w 1947 roku wrócić do kraju i osiedlić się w Bełchatowie. Dziadkowie nie wrócili już do ukochanych pszczół, także z uwagi na pożytki. Tu, na przedmieściu Bełchatowa, nie było już, niestety takich jakie były na Polesiu. Niemniej sądzę, że przede wszystkim ze względu na zły stan zdrowia dziadka, który zdrowie stracił na Syberii.


Kiedy byłem małym chłopcem...
dziadek „karmił” mnie różnymi opowieściami historycznymi, a opowiadał też bajki, które sam wymyślał. Zawsze zaczynał je słowami: za górami, za lasami, za siedmioma dolinami ….. i kończył zawsze tak samo: i ja też tam byłem, miód i mleko piłem. W bajkach „przemycał” swoje wspomnienia z okresu przedsyberyjskiego, które były nasycone romantyzmem i nostalgią za dawnymi czasami. Karmił mnie dobrymi wspomnieniami. Minęło wiele lat nim to dostrzegłem, że był moim pierwszym nauczycielem, bo zaszczepił we mnie na trwałe umiłowanie do Ojczyzny i miłość do przyrody. Dziadek Wacław zmarł 1 listopada 1964 roku.

W bajkach dziadka bardzo często pojawiały się pszczoły
Kiedy zastanawiam się, skąd wzięło się moje zamiłowanie do pszczelarstwa, to jako pierwszy maluje się mi się w głowie obraz wczesnej jesieni 1956 roku. Wtedy, jako sześcioletni chłopiec, po raz pierwszy wyjechałem z mamą na Korannę (obecnie Białoruś). Któregoś dnia wujo Staś zaprowadził mnie do swojej pasieki, gdzie stało jeszcze kilka starych dłubanek pradziadka i ule warszawskie wujka. Kiedy wujek podniósł daszek, uderzył we mnie po raz pierwszy w życiu nieznany mi dotąd zapach miodu, pierzgi, kitu i wosku. Ule stały pośród starych, dorodnych drzew owocowych i grządek z warzywami i ziołami. Zapach ziół i warzyw oraz dojrzewających jabłek, jaki otaczał ule, zapisał się we mnie na zawsze. Od tamtej pory, kiedy jeździłem z mamą na Korannę, zawsze ciągnęło mnie do pasieki. Pomagałem w drobnych pracach wujkowi. Ot, przynieś – wynieś. Ale przyszła chwila, że dostąpiłem zaszczytu miodobrania. Wracaliśmy zawsze do Polski nie tylko z ciężkimi bańki miodu, ale i tęsknotą na kolejny powrót do malowniczych miejsc i czarodziejskich zapachów pasieczyska.

Zaskoczony byłem...
kiedy moja żona Ania jeszcze przed naszym ślubem w 1975 roku wspomniała o wujku Zygmuncie Krysiaku, bracie jej mamy, który jest młynarzem, ale także i pszczelarzem. Wujek prowadził hobbystycznie niewielką pasiekę, gospodarował w ulach warszawskich zwykłych, niemal takich samych jak na Korannie, Różniły się jedynie pokryciem daszków. Ule stały w sadzie obok domu i młyna nad rzeką Wartą we wsi Kochlew w powiecie wieluńskim. Nie trzeba było długo czekać, podjęliśmy decyzję, że i my założymy pasiekę. W tamtym czasie liczył się dla nas każdy grosz, więc zabrałem się do budowy uli samemu. Zbudowałem ule wielkopolskie leżaki. Zapoznałem się ze znanym w okolicy mojego nowego miejsca zamieszkania, Szczercowem, pszczelarzem panem Teodorem Bednarskim. On wprowadzał mnie w arkana pszczelarstwa zapraszając do swej pasieki i pracowni. Od niego kupiłem latem 1975 roku pierwsze cztery odkłady. W sezonie pszczelarskim 1976 roku powiększyłem pasiekę do 12 rodzin. Ponieważ wiązałem duże nadzieję na rozbudowę pasieki, w 1977 roku kupiłem przyczepę ciągnikową, zrobiłem prawo jazdy na ciągnik, by móc samemu przewozić na pożytki pszczoły. W 1978 roku przedłużyłem przyczepę do 11 metrów. Planowałem zbudować pawilon na około 50 rodzin i miejscem na pracownię.

Plany rozbudowy jednak przerwałem ...
z powodu wyjazdu „za chlebem”, do Stanów Zjednoczonych. Pszczołami zajmował się znajomy, jak się okazało z marnym skutkiem. Po powrocie do kraju, po półtorarocznym pobycie w USA, zająłem się działalnością gospodarczą, choć nadal miałem pszczoły. Otworzyłem warsztat mechaniki maszyn rolniczych, w którym produkowałem konne widłowe przegrabiarki do siana. Praca w warsztacie absorbowała także każdą moją wolną chwilę i z tej przyczyny w 1986 roku ule podarowałem znajomemu pszczelarzowi. Zajmowałem się także przetwórstwem spożywczym. Stan taki trwał do 2011 roku, do chwili, kiedy za namową żony ponownie wróciłem wyłącznie do pszczelarstwa. Teraz miałem czas, ale i świadomość, że brakuje mi solidnej wiedzy. Postanowiliśmy, że rozpoczniemy zaoczne kursy pszczelarskie. Kursy ukończyliśmy w 2016 r. Żona jest teraz dyplomowanym pszczelarzem, ja technikiem pszczelarzem. Prowadzimy pasiekę stacjonarną i wędrowną. Mamy około 100 uli, zimujemy około 60 rodzin, a latem powiększamy do około 80-ciu. Teraz staram się zaszczepić miłość do pszczół kolejnemu pokoleniu, naszym wnukom.
Józef Szczepan Olejniczak
← powrót