Komunikat
  • W związku z problemami technicznymi dostawcy usług telefonicznych dla starostwa uruchomione zostały nowe numery tel. do urzędu: 508252849,  603636766. Za utrudnienia przepraszamy. . ∗
Sobota 20 paździenika 2018

Serce miłości na wielkim ekranie

Proszę określić gdzie leży problem:
Proszę wpisać wynik dodawania:
5 + 9 =
Link
Proszę wpisać wynik dodawania:
5 + 9 =
Sierpniowe, polskie seanse w bełchatowskim Heliosie, w ramach projektu Kultura Dostępna, rozpoczyna film "Serce miłości". Będzie wyświetlony dwukrotnie: o godz. 13 i 18. Bilety po 10 zł. 
zdjęcie
„Serce miłości” Łukasza Rondudy to ciekawy i innowacyjny głos w coraz popularniejszym w Polsce gatunku kina biograficznego. W przeciwieństwie do tuzów w rodzaju Zdzisława Beksińskiego, Jerzego Górskiego, Zbigniewa Religi czy Michaliny Wisłockiej, samodzielnie debiutujący w fabule Ronduda, na bohaterów filmu wybrał postaci zdecydowanie mniej (albo wcale) nierozpoznawalne: artystów wizualnych Wojciecha Bąkowskiego i Zuzannę Bartoszek.

Cel był również odmienny – nie chodziło tym razem o zapis konkretnego życiorysu, albo stworzenie hagiograficznej, biograficznej laudacji w stylu hollywoodzkim. Przeciwnie, Wojciech i Zuzanna, zagrani fenomenalnie przez Jacka Poniedziałka i Justynę Wasilewską, w „Sercu miłości” są przede wszystkim irytujący, irytują siebie również nawzajem.

Owa zaskakująca tonacja emocjonalna portretów obojga artystów jest wielką siłą tego skromnego filmu. Bo zamiast skupiać się na wydarzeniach z biografii Bąkowskiego i Bartoszek, Ronduda pokazuje pęknięcie ich świata. „Serce miłości” to w istocie film tłumaczący laikom takim jak ja, czym jest życie w trybie artystycznym. I jak bardzo jest to skomplikowane.

Bohaterowie filmu – a właściwie cały filmowy świat, skupia się wyłącznie na tej dwójce: funkcjonują wobec siebie, dla siebie, ale jeszcze mocniej wobec sztuki i dewiz artystycznych którym hołdują. Trudno wymagać od nich racjonalizmu, dyscypliny. Wena przychodzi, albo nie, praca artysty to całodobowa operacja na samym sobie.

Oglądając „Serce miłości” przypomniałem sobie zdanie wielkiego pisarza węgierskiego, Sándora Máraia, który pisał w „Dziennikach”, że dla niego cały niemal dzień jest wieczną udręką przygotowującą do napisania czasami kilku raptem zdań nowej powieści lub eseju. Po takim dniu jest zdruzgotany, zmęczony, rozbity. A potem przychodzi kolejny, i jeszcze następny, i cały proces powtarza się od nowa. Bo od wewnętrznego artysty nie ma ucieczki. Nawet jeżeli ów artysta sobą gardzi, chciałby uciec gdzieś daleko, zbiec i zapomnieć. To wraca. To jest właśnie miłość. Z sercem lub bez serca.

Łukasz Maciejewski
 
← powrót